Zdrowienie po amerykańsku. N.A w USA. Poprzedni wpis Czy e-papierosy są bezpieczne? Następny wpis Czy picie alkoholu w...
Zdrowienie po amerykańsku. N.A w USA.
Artykuł oceniono na: 5 (głosy: 2)

leczenie uzależnień, zdrowienie po amerykańskuSobota zaczęła się dość leniwie. Ciepło i wilgotne powietrze. Jadę do New Britain w stanie Connecticut. Moim celem jest South Congregational Church – Hart Hall, 90 Main Street (Corner of Arch St.) gdzie odbywa się rano mityng NA grupy Saturday Morning Surrender. Wchodzę trochę spóźniony. W drzwiach wita mnie młody człowiek i stara się bym z niewielkiego worka wyjął karteczkę. Później odkrywam, że na tych karteczkach są propozycje do omawiania.

Każda karteczka składa się z dwóch części, jedną bierze uczestnik, drugą otrzymuje Chairman. W czasie trwania spotkania losuje on tematy które są omawiane. Panuje atmosfera radości i swobody. Jakieś 20 osób. Chyba nie ma zbyt dużo dodatkowych uregulowań poza 12 tradycjami.

Te są jedynymi zasadami.

Mimo, że rozumiem co 10 słowo treści trafiają głęboko do wnętrza mnie. Taka mowa z serca do serca. Odczuwam głęboką wdzięczność, że mogę tu być i uczestniczyć w tym wydarzeniu. Ktoś z tyłu mówi, że dziś celebruje piątą rocznicę zdrowienia. To wielka sprawa. Brawa i uściski.

Ktoś woła: hej opowiedz jak to zrobiłeś?! I opowiada. Słucham i odczuwam wielkie uniesienie. Człowiek płacze, inni biją brawo. Gdy kończy wielu go ściska i gratuluje. To daje nadzieję wszystkim. Mnie też. Nie wiem kiedy mija czas spotkania. Wracam bardzo poruszony. W radiu Ozzy Osbourne śpiewa: „mama i’m coming home”.

Czuję, że mój udział w mityngu to najlepsze co mogłem dziś zrobić dla siebie.

W poniedziałki w Southington o 7:00 wieczorem odbywa się spotkanie grupy Keep on Stepping. To mityng kroków. Myślę, że dopóki trzymam się programu wszystko będzie dobrze. Jadę do St. Paul’s Episcopal Church, przy 145 Main Street. Na sali około 15 osób. Tutaj bardzo mocno odczuwam pracę na krokach i książce „To działa”. Każdy czyta kawałek. Dziś V Krok: „Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów”.

To co mnie wprawia w zadumę, to obecność wielu osób w średnim i „średniejszym” wieku. Skarbnica doświadczeń. Znów odczuwam głęboką wdzięczność. Jeden ze starszych uczestników grupy opowiada o swoim piątym kroku. To co mówi, znów trafia mi prosto do serca. Znów „wiem” o czym mówi. Czuję to. Wracam powoli.

Za oknami samochodu „amerykański sen”. Czuję go bardziej niż zwykle. Właściwie najbardziej w czasie moich krótkich kontaktów z USA.

Kiedy wracam do domu, moja żona mówi, ze po każdym spotkaniu promienieję. To możliwe, zważywszy na to jak się czuję.

W Plainville mieszka niespełna 18000 ludzi. Odbywa się w nim 6 mityngów NA w tygodniu. Ja jestem w niedzielę, grupa The Promise is Freedom, przy Plainville Congregational Church, ulica 130 West Main Street. Mała sala, obecnych około 15 osób w różnym wieku. Prowadzi Chairman przed nim siedzą uczestnicy. Jest spiker, ale grupa pracuje przede wszystkim na 12 tradycjach NA. I jak wszędzie odbywa się celebrowanie rocznic czystości

Uważam, że bardzo ważne jest wiedzieć i mówić o tym. To trzeba świętować. Jakoś nie bardzo kupuję kokieteryjne: „wiesz, nie wiem już ile 24 godzinnych odcinków…” bla, bla, bla.

Wracając mam świadomość, że to mój ostatni mityng w Connecticut. W środę jedziemy do New Jersey, do Marka i jego rodziców. Trudno nawet opisać jak bardzo cieszę się na to spotkanie. To wyjątkowi ludzie. Nigdy nie spotkałem nikogo tak dobrego. W Old Bridge czuję się jak w domu.

Pierwszy mityng – falstart. W Matawan nie ma nikogo. Ducha nie gaszę.

W niedzielę jadę do Manalapan. O 7:30 wieczorem spotykają się ludzie z grupy Miracles In Manalapan, w Temple Shaari Emeth, przy ulicy 400 Craig Road. Tutaj jestem zaskoczony zanim jeszcze doszedłem do drzwi. Nie znając języka układam sobie w myślach co powiem i o co zapytam. Do tej pory to działało.

Teraz okazuje się, że zanim wypowiedziałem choćby jedno słowo, ktoś mnie ściska w stalowym uchwycie i pyta: „hej, skąd jesteś?” odpowiadam ze z Polski. OMG – krzyczy – „ten gość jest z Polski!”.

Zadają pytania. Pierwsze z nich, to: „ile rozumiem po angielsku”. Mowię: „a little”. Ok. Okazuje się, że gdy mówią wolno i prostymi zdaniami dużo rozumiem. I nawet kilka prostych zdań złożyć samemu. Trwa „konwersacja”. Ktoś obchodzi 6 miesięcy czystości – brawa i uściski. Niemłody człowiek. Bardzo szczęśliwy.

dwanaście-tradycji-na

Jestem wzruszony. Słucham z uwagą spikera, bo to mityng spikerski. Opowiada swoją historię zdrowienia. Znów wiem o czym mówi, słucham sercem. Po spotkaniu wstał wielki starszy mężczyzna i pyta: „Jesteś z Polski, na wakacjach, u rodziny, przyjaciół?” Mówię, że bardziej u przyjaciół, choć czuję się jak u rodziny. „Nie przeszkadza ci, że nie wszystko rozumiesz?” Mówię, że to trafia do serca. Rozpromienia się i krzyczy: „give me a hug!” ściska z zaskakującą siłą. Jeszcze pożegnania z tymi co na zewnątrz. „Uważaj na siebie”, „take care”. Czuję się jakbym rozstawał się ze znajomymi od lat. Spokojnie wracam do domu, mając nadzieję na jeszcze jeden mityng w New Jersey.

 

Ten jest najbliżej domu. Niespełna dwie mile w St. Thomas Church, przy 333 Route 18 South, w budynku szkoły. Grupa nazywa się Lost-n-Found. Tutaj nawet nie muszę pytać, gdzie odbywa się spotkanie. To od razu widać. Ludzie na parkingu ściskają się na powitanie. Sala w której ma być mityng to chyba świetlica szkolna.

Nie mam zbyt wiele czasu na zwiedzanie, bo podchodzi do mnie starszy gość i pyta skąd jestem. Mówię, że z Polski i czy mogę gdzieś tu usiąść.

A jakie narkotyki są w Polsce? – pyta.

Mówię, że heroina i wszystkie inne. Siadaj – pasujesz tu. Dzięki. W krótkim czasie sala wypełnia się, na oko jakieś 30-40 osób. To mityng dyskusji nad drogą zdrowienia. Kilka słów tytułem wstępu i celebracja czystości. 60 dni? Dwóch młodych ludzi zmierza po breloczki. Zielone. Jak nadzieja.

Z tyłu znany mi już głos: hej opowiedzcie jak to zrobiliście! Opowiadają o „rehabie” i że to ich najdłuższe okresy czystości w życiu, że nie doświadczyli takiej życzliwości i czują wdzięczność.

Ktoś inny celebruje 11 lat czystości, przyszedł z córką, myślę ze ma z 6 lat. Nie widziała ojca naćpanego. Szczęściara. Jedna z dziewcząt opowiada o swoich zmaganiach z uzależnieniem od nikotyny. Nie pali kilka dni, prosi żeby ją wspierać w myślach i modlitwach. Ja wiem jak trudno przestać palić papierosy.

Zanim zaczęło się spotkanie jeden z witających mnie w drzwiach ludzi, powiedział: tutaj jest najbardziej inny mityng spośród tych, w których uczestniczyłeś w USA. Serio? Super. I miał rację. Spotkanie trwa dobre dwie godziny. Nie ma żadnej przerwy, jeśli ktoś chce wyjść do toalety czy zapalić po prostu wychodzi. Mityng trwa dalej. Kogo nie ma, ten traci.

Tu pojawia się we mnie jak odkrycie: nigdzie dotychczas nie było żadnych przerw w czasie trwania spotkań. A już napewno nie na papierosa. 

Na koniec kolejna charakterystyczna rzecz: koło objętych ludzi, Chairman pyta czy ktoś chce coś powiedzieć? Tak, ktoś prosi żeby pomodlić się za konkretne osoby które jeszcze cierpią. Chwila skupienia i modlitwa o pogodę ducha. Wieść o tym ze jestem z Polski rozeszła się, bo słyszę jak ktoś z tyłu pyta: a skąd z Polski? Po polsku! Mazury. O super! Ja z Wrocławia, jestem tu od jedenastego roku życia, mam na imię Piotr. Chcesz dam ci numer telefonu, maila, pisz co u ciebie gdy wrócisz do domu.

Czuję wzruszenie.

Ktoś prosi Piotra o przetłumaczenie tego co chce mi powiedzieć i wręcza mi medal okolicznościowy na 22 rocznicę czystości. Ale ja mam 21. „Wiem, dlatego proszę, że kiedy będziesz w Polsce obchodził 22 wspomnij nas tutaj w Ameryce”. Znów jakoś pieką mnie oczy. Obiecuję. Będę wspominał. Jeszcze z Piotrem idę do samochodu i ostatnie uściski i jeszcze… Samochodem frunę do domu, na Zieloną 293. Trudno będzie wyjeżdżać. Nigdy nie czułem się tak… wdzięczny.

Do zobaczenia za rok. Goodbye America. Wracam do Polski.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *