Depresja wygodniejsza niż alkoholizm, bo nie śmierdzi wódą Poprzedni wpis Jak to jest z tym paleniem... Następny wpis Alkohol - Polacy na...

To co w tak zwanym ostatnim czasie dotyczy depresji, zaczyna przypominać epidemię. Otrzymuję ogromną ilość telefonów z zapytaniami na jej temat. Dzwonią różne osoby. Najczęściej kobiety, żony których mężowie zapadli na depresję.

Depresja - zaburzenia nastrojuW trakcie rozmowy staram się zebrać jak najbardziej obszerny i szczegółowy wywiad. Bardzo łatwo zauważyć, że świadomość objawów depresji, jej przebiegu, nawracania lub rodzajów nadal jest dużo poniżej przeciętnej. Za depresję uchodzi niemal każde zaburzenie snu i nastroju, obniżenie napędu czy po prostu przygnębienie po przegranym meczu. Rozmowy o których piszę najczęściej zaczynają się od słów: mój mąż ma depresję. Gdy zapytam o źródła tej wiedzy odpowiadają, że był u lekarza i on mu tak powiedział.

Profesjonalna diagnoza

Niestety trudniej już otrzymać jakąś wiążącą informację na temat profesjonalnej diagnozy, rozpoznania rodzaju depresji, czasu obserwacji pacjenta w trakcie farmakoterapii, doboru leków, czy kierowania na psychoterapię. Nie mówię już o systematycznym uczestnictwie w spotkaniach grupowych dla osób chorych na depresję czy dla żyjących z chorymi na depresję. Bardzo często słyszę, że lekami przepisanymi przez lekarza na owe zaburzenia depresyjne jest na przykład afobam, ketrel, czy w prost klonozepam. Próbuję sobie wyobrazić samopoczucie człowieka z ostrym przebiegiem depresyjnym znieczulonego benzodiazepinami. To trudne gdyż doskonale znam to samopoczucie, tyle że było ono regulowane lekami nowej generacji przeznaczonymi do tego celu.

Epidemia depresjiPoczucie winy

To nie koniec moich doświadczeń w obszarze relacji z rodzinami potencjalnie chorych na depresję mężczyzn. Gdy dzwoniące kobiety (żony, matki, siostry, narzeczone) zaczynają czuć się nieco swobodniej w kontakcie, zaczynają przyznawać się do swoich „dziwnych” ich zdaniem podejrzeń. Czując ogromne poczucie winy mówią, że czytają to i owo na różnych portalach internetowych i coś im się nie zgadza. Otóż okazuje się, że żyją one w ciągłym lęku przed możliwością stłuczenia kruchej konstrukcji swojego mężczyzny i chodzą na palcach wokół niego. On oczywiście daje sobie prawo do wszelkich zachowań łącznie z tymi niegodziwymi i okrutnymi, no bo przecież jest chory. Oczywiście wychodzi do mamy, kolegi, czy pracy, jednak po powrocie jest absolutnie nieobecny w życiu rodziny i od progu zaczyna chorować. Nierzadko słyszę o scenach, w których dzwonią do swoich kobiet życia z informacją, że właśnie rozważają rozbicie się w samochodzie o przydrożne drzewo lub inny sposób odebrania sobie życia. Wszystkie te sytuacje powodują narastanie w towarzyszkach życia poczucia winy, gdyż zaczynają wierzyć że przyczyniają się do nieszczęścia tych panów.

I co dalej

Naturalnie nie sposób namówić ich na korzystanie z terapii. Ani jednych ani drugich. Mimo, że moje rozmówczynie są na skraju wytrzymałości psychicznej i same już sporadycznie zaczynają używać leków uspokajająco-nasennych a czasem zaczynają nawet popijać alkohol. Bardzo trudno uniknąć analizy i porównania do zachowań osób uzależnionych. Mechanizm uwikłania i podporządkowania jest zupełnie taki sam. Poczucie winy, branie odpowiedzialności za zdrowie i życie, za dobre samopoczucie i za to żeby “ukochany” wyszedł z nałogu. Niemal identyczny jest też opór przed udaniem się na terapię dla osób żyjących z przewlekle chorymi, czy innych grup samopomocowych. Także znamienne jest poszukiwanie innych niż proponowane konfrontowanie mężczyzny ze skutkami jego zachowania. A jeśli zrobi sobie coś złego? No tak…

Depresja - zaburzenia snuSuperosobowość na zakończenie

Niemniej istotny jest fakt i obecne trendy, polegające na wzmacnianiu zapotrzebowania na osobowość „SUPER” z efektem „WOW”. Oznacza ona mniej więcej tyle, że nie wyrażamy zgody na jakikolwiek dyskomfort, nie mówiąc już o cierpieniu. Już nie jest popularne stwierdzenie, że cierpienie uszlachetnia. W związku z tym trendem każde, nawet najmniejsze cierpienie jest absolutnie wykluczone i bardzo wygodne staje się rozwiązanie polegające na „zachorowaniu” na jakąś ciężka i popularną „chorobę”. Można to nawet zrozumieć. Jednak należałoby się chyba zastanowić nad tym, czy przypadkiem nie stawiamy na wyrost i absolutnie bez odpowiedzialności diagnoz, które pozwalają naszym pacjentom schować się za nimi jak za tarczą broniącą ich przed odpowiedzialnością własną, za własne życie i byt rodziny?

Czy owa niefrasobliwość diagnostyczna nie powoduje swoistej „nietykalności” pacjentów, podobnie jak różnorodne dysleksje, ortografie, kalkulie, ADHD? Czy nadgorliwość diagnostów 10 minutowych wizyt w gabinetach, nie powoduje powstania nowego zjawiska jakim jest „depresjo-holizm”? Pełnoobjawowy alkoholizm, jednak bez odoru wódki i kaca rano? Myślę, że czas około 23 lutego – dnia walki z depresją – mógłby być także okazją do przewietrzenia tego nieco histerycznego zapowietrzenia. Bo może nieco daliśmy się zwariować, bo mamy ogromne zapotrzebowanie na ogólnospołeczne chorowanie i bycie nieszczęśliwymi?